Zostawiona przez męża kobieta samotnie wychowuje 6 dzieci – 3 miesiące później znajduje w samochodzie niespodziankę

Życie nie zawsze jest usłane różami. Tak naprawdę często może być ciężkie i niesprawiedliwe.

Być może los nigdy Cię nie doświadczył, ale zapewne spodziewasz się, że może być tak, że czasy staną się trudne. Nikt nie przeżywa całego życia bez konieczności mierzenia się z problemami.

W tych ciężkich czasach wsparcie i miłość są bardzo ważne. Są to jedyne rzeczy, które mogą nas wzmocnić i pocieszyć w trudnych momentach życia.

Niezależnie od tego, czy pochodzą od rodziny, przyjaciół, domowych zwierząt, czy nawet od obcych ludzi – małe gesty zawsze robią dużą różnicę.

Zostać zostawioną przez męża, aby w samotności wychowywać sześcioro dzieci to sytuacja, która na szczęście zdarza się dość rzadko. Choć z drugiej strony zapewne wielu z nas zostało kiedyś zostawionych przez osobę, którą darzyło uczuciem.

Być może to właśnie dlatego ta opowieść tak bardzo mną wstrząsnęła i z całych sił chwyciła za serce. Bo tak naprawdę wielu z nas może się z nią utożsamiać.

Płynie z niej niezwykle ważny przekaz – morał, z którego wszyscy możemy czerpać. Udostępnij ten artykuł i pomóż nam rozpowszechnić tę opowieść.

Samotna matka

Był wrzesień 1960 roku. Obudziłam się pewnego ranka. W domu wciąż jeszcze spało sześcioro głodnych dzieci, a ja miałam w kieszeni zaledwie jednego dolara. Mój mąż – i jednocześnie ojciec moich dzieci – zostawił mnie bez żadnego wyjaśnienia.

Chłopcy byli w wieku od trzech miesięcy do siedmiu lat. Ich siostra miała cztery lata.

Tak naprawdę może dobrze się stało. Mąż nigdy nie był dobrym ojcem – kiedy był blisko, wszyscy czuli strach. Kiedy dzieci słyszały, że na podjeździe przed domem parkuje jego samochód, chowały się za swoimi łóżkami. Z drugiej jednak strony, mąż przynosił do domu pieniądze, więc mieliśmy za co kupić jedzenie.

Koloryzowane zdjęcie rodziny zbierającej plony na początku XX wieku
Wikipedia

Teraz, kiedy postanowił odejść, z naszego domu zniknęły złość i agresja. Niestety razem z nimi odeszło też jedzenie.

W tamtym czasie mógł wprawdzie istnieć w kraju jakiś system opieki społecznej, ale jeśli tak było, nie wiedziałam o nim zbyt wiele. Z całą pewnością nie mogłam iść żebrać.

Poszukiwanie pracy

Oporządziłam więc dzieci, aby ładnie wyglądały. Ubrałam swoją najlepszą sukienkę. Następnie zapakowałam wszystkich do naszego starego, zardzewiałego Chevroleta z 1951 roku i pojechałam szukać pracy.

Stary, zardzewiały samochód
Pixabay

Wchodziłam do każdej fabryki, każdego sklepu i każdej restauracji w naszym małym miasteczku. Niestety nigdzie mi się nie poszczęściło.

Gdziekolwiek tylko było to możliwe, dzieci zostawały w samochodzie i czekały na mnie, podczas gdy ja starałam się przekonać kierowników, że z chęcią się wszystkiego nauczę i mogę wykonywać każdą pracę. Że wszystko, co muszą zrobić, to dać mi szansę.

Koniec końców, nie mieli jednak żadnych wolnych etatów.

Ostatnie miejsce, w którym postanowiłam spróbować, znajdowało się kilkanaście kilometrów za miastem. Była to stara restauracja, która z czasem przekształciła się w przyrożną knajpkę. Nazywała się „Wielkie Koło”.

Miejsce to należało do starszej kobiety, którą wszyscy nazywali tu Babcią. Kiedy podjechaliśmy pod jej lokal, podejrzliwie łypała przez okno.

Okazało się, że potrzebowała kogoś, kto mógłby pokryć nocne zmiany, które trwały od 11:00 w nocy do 7:00 rano.

Płaciła 5,40 $ za godzinę i chciała, żebym zaczęła od razu.

Przydrożna, amerykańska jadłodajnia
Flickr

Wciąż było ciężko

Dosłownie pognałam do domu i natychmiast zadzwoniłam do nastolatki, która mieszkała na naszej ulicy. Już wcześniej pilnowała moich dzieci. Zaproponowałam jej, że za 18 dolarów za noc będzie mogła spać na naszej kanapie, pod warunkiem, że dopilnuje, aby dzieciaki o odpowiedniej porze trafiły do łóżek.

Stwierdziła, że brzmi to dobrze, więc ten jeden problem miałam z głowy. Tamtej nocy, kiedy dzieci były już gotowe do spania, dziękowałam Bogu za to, że dał mi szansę na utrzymanie mojej rodziny.

Potem zaczęłam pracować w Wielkim Kole. Kiedy następnego ranka pojawiłam się w domu, obudziłam opiekunkę, zapłaciłam jej i pozwoliłam iść do domu. Okazało się, że dostała połowę tego, co udało mi się zarobić.

Mijały tygodnie, a w domu wzrosły koszty ogrzewania. Żyliśmy od pierwszego do pierwszego. Co gorsza, opony w naszym samochodzie były już bardzo stare. Musiałam je dopompowywać, kiedy jechałam do pracy, a potem drugi raz, kiedy z niej wracałam.

Niespodziewany prezent

Pewnego ponurego, jesiennego poranka, podeszłam do mojego samochodu, aby wrócić z pracy do domu. Na tylnym siedzeniu znalazłam cztery nowe opony. Nigdy nie były używane! Nikt nie zostawił żadnej wiadomości, czy jakiejkolwiek notki. W aucie poza nimi nie było niczego innego. Nic, oprócz czterech pięknych, nowych opon.

– Czy w naszym mieście mieszkają anioły? – zadawałam sobie w myślach pytanie.

Umówiłam się do miejscowego mechanika. Zaproponowałam, że w zamian za wymianę opon, posprzątam biuro kierownika. Pamiętam, że szorowanie podłogi zajęło mi o wiele więcej czasu, niż firmie wymiana moich opon.

W tamtym czasie, zamiast pięciu, pracowałam sześć nocy w tygodniu, ale problemy finansowe nas nie opuszczały. Nadchodziły święta. Doskonale wiedziałam, że nie stać mnie na prezenty dla dzieci. Znalazłam gdzieś puszkę czerwonej farby. Zaczęłam naprawiać i przemalowywać stare zabawki, które miałam zamiar położyć pod choinką zamiast nowych prezentów. Schowałam zabawki w piwnicy, aby Mikołaj mógł „dostarczyć je” w Wigilię.

Pewnym problemem zaczęły być również ubrania dzieciaków. Starałam się cerować chłopcom spodnie, ale było jedynie kwestią czasu, zanim zepsują się na tyle, że nie sposób będzie je naprawić.

Anioły

Pracowałam w dzień przed Wigilią, a w Wielkim Kole pojawiali się stali klienci. Było trzech zawodowych kierowców, obsługujących długie trasy – Leif, Frank i Jim – a także Joe, który pracował jako oficer ruchu.

Środek przydrożnego amerykańskiego baru
Flickr

Później pojawili się muzycy, który występowali gdzieś niedaleko. Większość czasu spędzili, grając na maszynach.

Kiedy nadszedł koniec mojej nocki, w Wigilię o 7:00 rano, podeszłam do samochodu, aby wrócić do domu. To wtedy w naszym starym dobrym Chevrolecie zobaczyłam mnóstwo paczek. Można powiedzieć, że auto było wypchane prezentami.

Szybko otworzyłam drzwi i zaczęłam przekładać rzeczy znajdujące się na tylnym siedzeniu. Kiedy otworzyłam pierwsze pudło, okazało się, że znajdują się w nim jeansy w różnych dziecięcych rozmiarach. Otworzyłam kolejne, pełne swetrów i podkoszulków.

Następnie zajrzałam do pozostałych pakunków.

Słodycze, orzechy, owoce… były to paczki z jedzeniem. Znalazłam tam dużą świąteczną szynkę, puszki z warzywami i ziemniaki. A także pudding, ciasta, szarlotkę i mąkę. Jedno z pudeł pełne było kosmetyków i środków czystości.

I wtedy, w ostatniej paczce znalazłam pięć zabawkowych samochodzików i piękną, niewielką lalkę…

Kiedy jechałam do domu po pustych ulicach, słońce delikatnie świeciło nad miastem, a ja ocierałam z oczu łzy wdzięczności. Nigdy nie zapomnę min, jakie miały na twarzy moje małe skarby, kiedy wieczorem otworzyły swoje prezenty.

Tak, wtedy, w grudniu 1960 roku, w naszym małym miasteczku w istocie mieszkały anioły.

Co więcej, stołowały się w Wielkim Kole.

Amerykańscy żołnierze
Flickr

Nie zapomnij udostępnić, jeśli i Ciebie wzruszyła ta historia!

Na naszym Instagramie znajdziecie więcej świetnych treści, zdjęć i filmów.