Bez wątpienia był genialny. Jednak nikt nigdy nie opisał go jako serdecznego człowieka.
Wśród kolegów z klasy nosił przydomek, który mówił wszystko: „chodzący mózg”.
Grał na puzonie w szkolnej orkiestrze. Przeskakiwał klasy. Studia na Harvardzie rozpoczął, kiedy miał zaledwie 16 lat. W oczach sąsiadów jego rodzice byli ludźmi, którzy „poświęcili wszystko dla swoich dzieci”.
Można powiedzieć, że pod każdym względem obdarowano go rzadkimi darami i wszelkimi możliwościami do zbudowania niezwykłego życia.
Jednak to, co zamiast tego postanowił zrobić, przeraziło świat.
W 1942 roku w Chicago, w robotniczej rodzinie pochodzenia polsko-amerykańskiego, urodził się mały chłopiec. Jego ojciec zarabiał na życie wyrobem kiełbas. Matka poświęciła się całkowicie swoim dzieciom, zdeterminowana, by dać im wszystko czego sama nigdy nie miała.
Jego rodzice byli zwykłymi ludźmi z klasy robotniczej. Wychowywali się jako katolicy, ale ostatecznie stali się ateistami. W Evergreen Park, gdzie dorastał ich syn, sąsiedzi wspominali ich jako „ludzi o obywatelskich poglądach”. Jeden z sąsiadów powiedział, że „poświęcili wszystko, co mieli, dla swoich dzieci”.
Miał młodszego brata, Davida, który pewnego dnia odegrał kluczową rolę w doprowadzeniu jego historii do końca.
Za czasów dzieciństwa nie było w nim nic niepokojącego. W szkole podstawowej imienia Shermana, do której uczęszczał opisywano go jako zdrowego, normalnego i dobrze przystosowanego chłopca.
Test, który wszystko „zmienił”
W liceum jego iloraz inteligencji wynosił 167 i przeniesiono go do wyższej klasy. Lata później opisał tę decyzję jako punkt zwrotny. Zanim przeszedł do następnej klasy, miał przyjaciół i postrzegano go nawet jako lidera wśród rówieśników.
Jednak gdy trafił do starszych uczniów, wszystko się zmieniło. Nie pasował już do grupy i stał się obiektem prześladowań.
Grał na puzonie w orkiestrze marszowej i udzielał się aktywnie w kilku klubach, m.in. matematycznym, biologicznym, kolekcjonowania monet i języka niemieckiego.
Jednak mimo zaangażowania w tak wiele aktywności, nigdy tak naprawdę się nie odnalazł.
Kontynuacja artykułu pod zdjęciem

Jak później ujął to jeden z byłych kolegów z klasy: „Nigdy tak naprawdę nie postrzegano go jako osoby, jako indywidualnej osobowości… Zawsze uważano go za chodzący mózg, że tak powiem”.
Dręczenie go nie ustawało. Z czasem coraz bardziej zamykał się w sobie. Przylgnęła do niego etykietka „chodzący mózg”.
Przeskoczył kolejną klasę, ukończył liceum w wieku zaledwie 15 lat i otrzymał stypendium na Harvard.
Jednak to, że był genialny nie oznaczało, że jest na to gotowy. Kolega z klasy powiedział później, że był „emocjonalnie nieprzygotowany”.
„Spakowali go i wysłali na Harvard, zanim był gotowy” – powiedział kolega. „Nie miał nawet prawa jazdy”.
Ukończył Harvard
Na Harvardzie szesnastolatek żył spokojnie wśród innych wyjątkowo utalentowanych osób, ale nawet tam się wyróżniał. Był błyskotliwy i skupiony, ale zdystansowany.
Ukończył studia w 1962 roku. Uzyskał dyplom z matematyki.
Jednak czas spędzony w tej prestiżowej instytucji nie ograniczał się wyłącznie do nauki.
Na drugim roku wziął udział w badaniu psychologicznym prowadzonym przez Henry’ego Murraya, w którym doprowadzano uczestników do granic możliwości. Byli oni poddawani intensywnym atakom słownym, mającym na celu podważenie ich przekonań i ich destabilizację.
Sam Murray opisał te sesje jako „gwałtowne, brutalne i pełne osobistej przemocy”.
Młody chłopak, którego wysłano na Harvard, zanim był na to tak naprawdę gotowy, spędził 200 godzin na uczestniczeniu w tym eksperymencie. Lata później jego prawnicy wskazali to za możliwe źródło jego narastającej wrogości wobec władzy i kontroli.
Przyszłość, która przepadła
Po Harvardzie kontynuował naukę na Uniwersytecie Michigan, gdzie uzyskał tytuł magistra i doktora matematyki. Jego prace były wyjątkowe.
Jego rozprawa doktorska zdobyła najwyższą nagrodę uniwersytetu, a promotor nazwał ją „najlepszą, jaką kiedykolwiek nadzorował”.
Inny profesor ujął to wprost: „Nie wystarczy powiedzieć, że był mądry”.
Kontynuacja artykułu pod zdjęciem

W wieku zaledwie 25 lat został najmłodszym adiunktem w historii Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley.
Wszystko wskazywało na to, że ma przed sobą świetlaną przyszłość akademicką.
Jednak z niej zrezygnował.
30 czerwca 1969 roku nagle odszedł. Bez ostrzeżenia. Bez wyjaśnienia. Koledzy byli oszołomieni. Jeden z nich później opisał tę decyzję jako „zupełnie niespodziewaną”, jak dodał wydawał się „prawie patologicznie nieśmiały”.
W tym momencie nie miał bliskich przyjaciół. Żadnych prawdziwych więzi. Nagle też nie miał kariery.
Domek na odludziu
Po opuszczeniu Berkeley na krótko wrócił do Illinois.
Potem, w 1971 roku, zniknął. Zaszył się na odludziu niedaleko Lincoln w stanie Montana, gdzie samodzielnie zbudował małą chatkę. Żył bez prądu i bieżącej wody. Miał tam tylko łóżko, piecyk, kilka krzeseł i książki.
Jego celem była samowystarczalność. Jeździł rowerem do miasta, kiedy było trzeba. Ciągle czytał. Uprawiał własne jedzenie. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby chciał porzucić dotychczasowy styl życia i odseparować się od społeczeństwa.
Jednak potem coś się zmieniało.
W 1983 roku powrócił do odległego miejsca, które kochał i okazało się, że poprowadzono tam drogę.
Jak później powiedział, ten moment zmienił wszystko.
„Właśnie wtedy postanowiłem, że zamiast zdobywać kolejne umiejętności przetrwania w dziczy, skupię się na powrocie do systemu”.
Jednak jego wyjście z niego już się rozpoczęło.
Od 1975 r. dokonywał drobnych aktów sabotażu, podpaleń i zastawiał pułapki w pobliżu osiedli.
Zagłębił się również w filozofię, zwłaszcza w twórczość Jacques’a Ellula. Jedna z książek, „Społeczeństwo technologiczne ”, stała się, jak to ujął jego brat, jego „Biblią”.
To, co nastąpiło, nie było nagłe. Było metodyczne.
Siedemnaście lat terroru
W latach 1978–1995 prowadził kampanię terrorystyczną, która trwała prawie dwie dekady.
Starannie skonstruował szesnaście bomb, każda z nich była coraz bardziej śmiercionośna. Wysyłał je lub dostarczał na terenie całych Stanów Zjednoczonych.
Jego cele były dokładnie przemyślane. Wyszukiwał ich, wybierał osoby, które jego zdaniem rozwijały technologię i w jego mniemaniu, niszczyły świat przyrody.
Uniwersytety. Linie lotnicze. Sklepy komputerowe. Kadra kierownicza.
Konsekwencje były druzgocące.
Trzy osoby zginęły. Dwadzieścia trzy zostały ranne, wiele z nich poniosło trwałe obrażenia.
W 1978 roku jego pierwsza bomba raniła policjanta uniwersyteckiego w Chicago. Kolejna raniła studenta na Uniwersytecie Northwestern. W 1979 roku bomba na pokładzie samolotu American Airlines Flight 444 wymusiła awaryjne lądowanie po zadymieniu kabiny. Śledczy stwierdzili później, że mogła ona zniszczyć samolot.
Obrażenia stawały się coraz poważniejsze.
Ofiary straciły palce. Oczy. Słuch.
Niektórzy nigdy nie powrócili do zdrowia.
Trzy osoby w ogóle nie przeżyły.
Poszukiwania
FBI wszczęło jedno z największych śledztw w swojej historii. Miliony dolarów. Lata wysiłków. Setki agentów i nadal nic.
Bomby zbudowano z powszechnie dostępnych materiałów. Odciski palców nie pasowały. Podkładano fałszywe tropy, aby wprowadzić służby w błąd. Przez prawie 20 lat pozostawał nieuchwytny.
Dopóki nie zdecydował się przemówić.
Manifest
W 1995 roku zażądał opublikowania swojego manifestu, który liczył 35 tys. słów pod warunkiem i zaprzestania swoich działań.
Esej „Społeczeństwo przemysłowe i jego przyszłość” był zmasowanym atakiem na nowoczesną technologię i jej wpływ na ludzkość.
Władze debatowały nad ryzykiem. W końcu go opublikowały.
Zadziałało, ale nie w sposób, którego ktokolwiek się spodziewał.
Po przeczytaniu manifestu jego młodszy brat David poczuł coś niepokojącego.
Język, sformułowania i idee brzmiały znajomo.
Przeszukał stare listy i odnalazł podobne wypowiedzi.
Po zastanowieniu się nad tym co to może oznaczać, skontaktował się z FBI. Eksperci porównali pisma i zgodnie stwierdzili, że niemal na pewno pochodzą od tej samej osoby.
To wystarczyło, by podjęli działania.
Koniec poszukiwań
3 kwietnia 1996 roku agenci dotarli do odległej chaty w Montanie.
W środku znaleźli wszystko. Materiały wybuchowe. Bomby gotowe do wysłania i ponad 40 000 stron ręcznie pisanych dzienników szczegółowo opisujących jego zbrodnie.
Nazwał je nawet eksperymentami.
„Eksperyment 97.” „Eksperyment 244.”
Kontynuacja artykułu pod zdjęciem

Zapisywał, co się sprawdziło. Co zawiodło. Jak uczynić bomby jeszcze bardziej śmiercionośnymi.
Okazywał frustrację, gdy ofiary przeżywały, i satysfakcję, gdy im się to nie udawało.
Jeden z wpisów jasno dawał do zrozumienia, co go motywowało: „Moim motywem jest po prostu osobista zemsta”.
Ostatni rozdział
W 1998 roku przyznał się do winy i skazano go na dożywocie bez możliwości warunkowego zwolnienia.
Lata później dopadła go choroba. Zdiagnozowano u niego raka i ostatecznie odmówił leczenia. W raportach opisywano go jako osobę „w depresji”. 10 czerwca 2023 roku znaleziono go nieprzytomnego w celi.
Miał 81 lat.
Utalentowane dziecko.
Cudowne dziecko Harvardu.
Genialny profesor.
Mężczyzna z domku na odludziu.
Wszystko to ta sama osoba.
Nazywał się Ted Kaczynski , a jego pseudonim to Unabomber.
CZYTAJ TAKŻE:
Ta niewinna dziewczynka wyrosła na najgorszą kobietę w historii
Ten uśmiechnięty chłopiec wyrósł na jednego z najbardziej złych ludzi na świecie